niedziela, 7 lutego 2010

The 80's were the shiiiiit...

Bez zbędnego rozpisywania wrzucam jeden z moich ulubionych numerów z soundtracka do kultowego filmu "Scarface". Kawałek "Rush Rush" w wykonaniu Debbie Harry (z zespołu Blondie). Czasami słowa potrafią oddać w dużej mierze klimat i emocje różnych kawałków. Niektórzy "słuchacze" powiedzą pewnie, że słowa, wyrazy są w stanie oddać w 100% wartość, przekaz, emocje związane z muzyką. Taa.... Racja.... Zapewne chodzi im tu o słowa typu http://rapidshare.com/files/27890657/HT-(...).rar. Piękny ciąg wyrazów. Wbijając hcuj w nich, powiem tylko tyle, że ciężko mi dobrać słowa, które oddają ten piękny klimat lat '80 (zresztą tego co wyczyniał George Clinton z bandą w latach '70 tym bardziej). Poniżej oryginalny numer (wersja z soundtracka/soundtracku/O.S.T.'u/O.S.T.'a --> niepotrzebne skreślić, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Poza tym zamieszczam dwa numery hiphopowe, które bazują na tym motywie... The Beatnuts oraz też-uważam-go-za-łaka-ale-numer-brzmi-świetnie Cam'ron.

The Beatnuts - Yae Yo (feat. Ill Bill & Problemz)

Cam'ron - Yeo Man (numer z pierwotnej wersji albumu "Purple Haze")

wtorek, 5 stycznia 2010

My name is...

„My name is Sam Sneed, u betta recognize!”
Zapewne gdy padnie hasło “Sam Sneed” 90% (ogarniających) słuchaczy śwignie tym cytatem z pewnego (fajnego zresztą i z fajnego albumu) skitu. Szkoda, że świgną cytatem a nie numerami. Sam Sneed jest niestety jednym z wielu wybitnych G-Funkowych postaci (raper i producent) związanych w pewnym okresie swego życia z Dr. Dre czy Death Row, którzy później zapadli się pod ziemię i niestety mało kto dziś o nich pamięta. Dość wspomnieć, że swoje dołożył to legendarnych soundtracków „Murder Was The Case”, „Friday” -i to akurat największe hity z tych albumów – U Better Recognize, Keep Their Heads Ringin’, Natura Born Killaz. Z tym ostatnim numerem sprawa jest bardziej skomplikowana i zresztą smutna - wersja OG tego numeru wyprodukowana była przez Sama z goscinnymi zwrotkami Cube'a i Dre - którzy rok wczesniej mieli za sobą już pierwsze nagrywki na niedoszły wspólny album "Helter Skelter". Dre usłyszał wersję demo tego numeru i się strasznie podjarał - postanowił wznowić pracę nad albumem z Cube'em. Tak naprawdę dodał conieco od siebie, plus klawisze dograł Soopafly i numer trafił na OST do "Murder Was The Case", bo Suge chciał by narobić szumu wokół nadchodzącej płytki Cube'a i Dre'a. Rola Sama została ograniczona do współproducenta. Mało tego - Dre nawet zapłacił 20 tysięcy Samowi, by ten nie wypuscił swojej wersji. Jest to jeden z kilku przypadków, gdy Dre niesprawiedliwie wykorzystał pracę mało znanych, zdolnych producentów.

Szkoda, że nie doszło do oficjalnego wydania albumu jego grupy Street Scholars, zaplanowanego na 1996, był to już dosyć gorący okres dla Death Row. Kawałek podejrzewany o bycie singlem z tej płyty został później zremixowany i wrzucony na kolejny legendarny już dziś soundtrack – Gridlock’d. Sam Sneed później gdzieś zniknął, by znów się sporadycznie pokazywać (ale zawsze z pierdolnięciem) produkując chociażby (ot – chociażby) u Scarface’a. Wyprodukował też m. in. dla Jay’a czy G-Unit.

Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Original Version)


Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Remix)


Sam Sneed feat. Snoop Dogg – Blueberries (z niewydanego, niestety, materiału Sama)


Sam Sneed & J-Flexx of Street Scholars – Lady Heroin (Original Version) (unreleased)


Sam Sneed feat. J-Flexx & The Lady Of Rage – Lady Heroin (Remix)


Snoop Dogg feat. Tha Dogg Pound & LBC Crew – Blueberry (produced by Sam Sneed) (w zasadzie numer miał być na niewydanym albumie LBC Crew, kolejne wydawnictwo, którego szkoda, bo moim zdaniem Techniec miażdży)


Jednym słowem, przejebany producent, ciekawy raper, niedoceniony, z ubogą, ale pełną prawdziwych perełek dyskografią.

Keep up the good work everybody!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Vontel - Vision Of A Dream

KTO POWRACA?! TO MUSISZ WIEDZIEĆ…

Nie posiadając jakiejkolwiek ochoty ani moralnego obowiązku, nie będę się tłumaczył, czemu zamuliłem. Aczkolwiek owszem – zamuliłem z pisaniem bloga. Nie będę też się silił na żadne podsumowania wyjątkowo cienkiego roku jakim 2009 niechlubnie był. Przede wszystkim zawiedli mnie wielcy…zarówno Meth z Redem, Busta Rhymes (który w 2006 tak In plus zaskoczył…), Jay (teraz zacieram ręce i czekam aż B-Mac go zje…), Rakim, Snoop (jubileuszowy album…a jest tak na odpierdol zrobiony…Alicja z krainy czarów kurwa…), Alicia Keys.

Vontel – Vision Of A Dream
Dziś polecę Wam jedną z moich ulubionych G-funkowych produkcji, „Vision Of A Dream” z 1998 roku. Płyta nieziemsko klimatyczna, chillout’owa…ale bez banalnych rozwiązań…sporo numerów, to takie, co jak raz zapadną w głowie, to nigdy z niej nie wyjdą. Sama kwestia, kim jest Vontel i reszty jego dyskografii jest taka, jak z wieloma raperami/producentami G-funkowymi – jest to czarnuch z Arizony, o którym ani na MySpace ani na Discogs ani na Last.FM za wiele nie przeczytasz. Wydał JEDNĄ płytę, później jeszcze trafił się jeden singiel. Krążyły legendy o sequelu pt. „Tru II Life”, który niby krążył w chujowej jakości…ale jak mówiło oficjalne oświadczenie wydawcy tj. Fo Life Records – płyta nigdy nie powstała. I tak mamy oto jedną, jedyną płytę, która jest swego rodzaju klasykiem i wystarcza za resztę w dyskografii. Sam Vontel podobno na szczęście żyje (co patrząc na tendencję ilu wirtuozów tamtych brzmień zostało zajebanych lub przedawkowało to i owo, nie jest od razu takie oczywiste). Raperem jest niezłym, patrząc oczywiście przez pryzmat czasu i weryfikując, czego oczekujesz od G-funku. Po bitach płynie nieźle, głosem swoim i historiami budując niesamowity klimat krążka. Za produkcję odpowiedzialny jest mistrz Battlecat A/K/A B Sharp oraz duet Dre LeSean & The Profesor. Z gości tak naprawdę warto wymienić nieodżałowanego wirtuoza i prekursora talkbox’u Rogera Troutmana (R.I.P.)
Zamieszczam poniżej moje 2 ulubione numery…magiczne „If You Want To Be A Playa” (A/K/A poradnik prawiczka-ortodoksa) i piękne „4 My Homiez” z gościnnym udziałem Rogera

środa, 14 października 2009

DJ Quik & Kurupt - BlaQKout

Wspólny projekt 2 legend Zachodniego Wybrzeża – DJ Quika i Kurupta z duetu Tha Dogg Pound rodził wiele nadziei na muzyczną bombę i bezpardonowe nawijki obydwu weteranów, które rozbujają niejeden melanż, niejeden grill-out w ogródku i niejeden letni wieczór spędzany w plenerze. Warto zaznaczyć, że Kurupt jest ostatnio strasznie płodnym artystą, coś co od zawsze było cechą charakterystyczną dla jego nieco grubszego ziomka z D.P.G., wydającego niezależne albumy ze średnią chyba 2 rocznie. Czytałem, że teraz ma własny kanał dystrybucji czy coś na ten kształt, więc kolejnymi projektami będzie nas wciąż bombardował. Tymczasem, wróćmy do meritum tejże notki…
BLAQKOUT
Obaj panowie zaserwowali nam jak najbardziej smakowity kąsek, coś co nie bez przesady nazywane jest przez wielu fanów (niestety głównie w USA) – nową jakością WEST COAST HIP HOP. W produkcjach multiinstrumentalnie uzdolnionego Quika słychać wciąż p-funkowe inspiracje ubierające raczej szaty newschoolowego G-funku i dosyć eksperymentalnych rozwiązań. Brzmienie Quika ewoluowało, co pokazał nam 4 lata temu na „Trauma” (tam dało się słyszeć, że postawił trochę więcej m. in. na mocne bębny, a najbardziej miękki groove’owy p-funkowy numer to nie jego produkcja, a LT Moe, znanego między innymi z numeru „Kush’n N Push’n” Dogg Pound czy singla „Pimpin” Tony’ego Yayo (tak tak tak, get your hate on!) o iście kalifornijskim brzmieniu – serio!). Na „BlaQKout” mamy typowe dla multiinstrumentalnie uzdolnionego Blake'a bawienie się licznymi instrumentami, ale również samplami...mamy pokręconą piszczałę w „Cream N Ya Panties” (i bynajmniej nie jest to brzmienie typu sinusoidy portamento klasycznej dla G-funku, ani typowy flet (!?), który z kolei często pojawia się w nowoczesnych produkcjach G-F z bitami Fredwrecka na czele) i mamy klasyczny West Coast’owy hymn – „The Appeal”. Mamy też bit typu kosmiczny plastik („Jupiter’s Critics (…)”) czy przekombinowany zapychacz („9 Times Outta 10”). No i mamy kawałek typu chujowy i to aż w 2 wersjach. I mamy numer "Ohh!", czyli bombę, która pokazuje, że Quik potrafi zbudować zajebistą melodię na pojedynczych dźwiękach, doprawiając wszystko istnie grubym basem i Westcoastowym groove’em. ;) "Ohh!" hipnotyzuje ilekroć je zapuszczę. A to 1 z kilku perełek.
Co do warstwy merytorycznej to wschodnio-zachodni reprezentant D.P.G. nie jest w formie wierszoklety, co obserwujemy już niestety jakiś czas. Bo wraz z wejściem w XXI wiek, z Gotti Bin Laden czyli pierwoszędnego punchline'era, coraz mniej słychać w linijkach Kurupta. Zaryzykuję wręcz, że jest cieniem bezczelnego, cynicznego rapera z czasów "Dogg Food", czy nawet "Space Boogie". Co nie znaczy, że się nie jaram, coraz bardziej wychillowanym i wręcz idealnym flow dla każdej dobrej G-F-produkcji. W tym miejscu jest...miejsce, by zacytować oto mój ulubiony, lyrically-deep wers Kurupta:


„Bitch nigga, you more of the bitch than a bitch!” ;)

Taaaa, ale do tego się przyzwyczailiśmy już kilka lat temu, tak samo jak do tego, że jak mało kto potrafi się poruszać (baaa – płynąć) po najlepszych Zachodnich bangerach, gdzie KRS-One czy Nas brzmieliby drętwo, baaa – niejeden Zachodni reprezentant nie wiedziałby jak nawijać by to brzmiało. No i nikt tak dobrze jak Kurupt nie potrafi oddać radości z takich przyziemnych, prostych, małych przyjemności, jak po prostu…..PEŁEN RELAX. ;)

Myślę, że całość zgarnęłaby więcej pozytywnych ocen, gdyby z tego krótkiego albumu zrobić epkę, wyjebując kilka zapychaczy, niepasujący ani trochę skit, czy przerywnik na kształt "Quik's Groove", który nie brzmi wyjątkowo świeżo – pozostałe 6, 7 kawałków to naprawdę perełki Zachodniego Brzmienia, wobec których disrespect, jest buractwem, głupotą czy klapami na uszach.

DJ Quik & Kurupt - Ohh!



DJ Quik & Kurupt - The Appeal

środa, 30 września 2009

Tribute 2 Eazy-E



Zmarły ponad 14 lat temu na AIDS Eric Wright A/K/A Eazy-Muthaphukkin-E był conajmniej nietuzinkową postacią. Znany z bycia czarnym koniem ekipy N.W.A (kradnąc kasę N.W.A powoduje odejście Cube’a z ekipy, rozpad Ruthless Records i długotrwały beef, którego efektem, jakże wartościowym muzycznie, są m. in. „No Vaseline” Cube’a, „Bitches Ain’t Shit” Dre’a, Snoopa, DPG i Jewell, legendarne EP Eazy’ego przy którym swoje dał Rhythm D, czy przerubaszne intro do „The Chronic”), pyskatej osobowości, nieowijania w bawełnę, prowokowania, epatowania przemocą i specyficznej tonacji głosu narobił sobie tyluż fanów iluż krytyków. Bo jak tu nazywać legendą gangsta rapu kogoś, komu większość wersów pisał Ice Cube, MC Ren czy The D.O.C.? Z drugiej strony, jak można Eazy'ego pominąć mówiąc o gangsta rapie? Czy można go nie zauważyć, pominąć? Byłoby to raczej podyktowane własną niechęcią do Wrighta niż obiektywnym spojrzeniem. Wright mimo braku zdolności pisania tekstów, potrafił je zarymować jak mało kto inny i cały czas czuło się jego pyskate, bezczelne nastawienie do rzeczywistości i to, że jest, jakby to powiedział Mes - pełnokrwisty! Cały czas jest to dla mnie ktoś nie do podrobienia...czarny koń, czarna owca? Eazy-Duz-It!!! Poniżej zamieszczam 2 zajebiste numery poświęcone pamięci Eazy'ego. Pierwszy to fenomenalny kawałek jego ziomka z N.W.A - Yelli z gościnnym udziałem, jak zwykle fenomenalnego, Kokane. Smutny bit, wersy budzące refleksję. Drugi numer jest od Bone-Thugs-N-Harmony, również kawał solidnego, lirycznego G-funku. Teledysk miazga, łezka w oku się kręci...AŻ.

DJ Yella feat. Kokane - 4 Tha E

Bone-Thugs-N-Harmony - Tha Crossroads

niedziela, 27 września 2009

Toombstone - Take A Fatass Hit



Wydany w 1998 album, rapera, który, podobno pochodzi z Covino (CA, USA), posiada, jak dla mnie mistrzowską okładkę. Taką, która nie kłamie - od razu oddaje klimat produkcji - smooth dope g-funk, od razu czujesz, że to będzie bujało, że to jest prawdziwy g-funk, czyli jedyna RZECZ, która tak perfekcyjnie łączy totalnie wyluzowane brzmienia z nieziemsko bujającym vibem. Nie nastawiasz się na tęgie rozkminy, grafomańskie wypociny czy gangsterską napinkę. Toombstone, ze swoim spokojnym, miękkim flow idealnie potrafi zadbać o laidback. Na płycie nie zabrakło też oklepanego patentu, ale ciężko to komuś wypominać - "Word To Mom", kawałek dedykowany wiadomo komu, każdy zna te paskudne istoty, tak samo jak każdy musi wynosić śmieci, pomagać w zmywaniu i słuchać jęczenia, że ja taka nie byłam w twoim wieku. ;) Zresztą co by nie powiedzieć - kawałek mógł być albo infantylny (tutaj uśmiecham się, hohohoho, w stronę Cappadonny, chyba, że poejbałem numery) albo głęboki...i ten jest na szczęście tym drugim. Poniżej zamieszczam 2 numery, album do znalezienia w sieci, raczej dosyć rare'owa pozycja, ale kto szuka, ten wiadomo, jak mówi PISMO. W sumie to bym i zapodał linka, ale głupio zaejbywać linki INNEMU ZAEJBISTEMU blogowi, który bardzo dba o moją muzyczną strawę.



Westside - tutaj naprawdę gruby bicik, akurat kojarzy mi się ze złotym okresem Death Row

Wanna B A G - tu też grubo, coś w deseń DJ Pooha

środa, 23 września 2009

A skoro zaczynam i o początkach mowa...

Początki, początki.

To może taka krótka, rozkmina co do albumowych (LP’owych czy EP’owych) inter (bynajmniej nie Mediolan, l. pojedyncza „intro”)
Niektórzy dają krótkie gówna kilkunastosekudnowe, co ich nawet last.fm nie scrobbluje. Nie chce im się? Brak kreatywności? Brak czasu? Brak wrodzonej bezczelności, bo i tak już ½ płyty zaejbali kiepskimi skitami? Pytania retoryczne, ma się rozumieć. ;) Inni dają pełne blasku i majestatu wejścia. 2006 - Tha Blue Carpet Treatment - Snoop robi wjazd na takim bicie od Battlecata-Meg0-Mistrza, że liczylem na Doggystyle 2, naprawdę miazga, i choć moje marzenie o „Tha Blue Carpet Treatment” jako newschoolowym g-funku raczej okazały się płonne (choć Battlecat robi tam jeszcze raz wjazd, Fredwreck zapodał pierdoloną perełkę, no i jeszcze pewnie-przez-większość-już-zapomniany Rhythm D dał też rewelacyjny g-funkowy bicik z pierdolonym vibe’em). Kawałki dla niedowiarków, że ta sprzedana-komercyjna-dzifka-Doggy-Dogg mógł dać jeszcze w 2006 takie Chevy Impala’owe g-miazgi, PONIŻEJ:

Intrology (prod. by Battlecat) czyli newschool g-funk na najwyższym poziomie!

Crazy (feat. Nate Dogg, prod. by Fredwreck)

L.A.X. (feat. Ice Cube, prod. by Battlecat) zawiera sampel z numeru pewnej legendarnej grupy i o niej już niedługo będzie notka.

Ewidentny bicik numer 2 obok intra - A Bitch I Knew produkcji starego wyjadacza Rhythm'a D, przy współpracy z kim? Z Battlecatem. ;)



Mówiąc o intrach z chęcią sobie wspomnę o tym starym zgredzie Hovie. ;) Otóż ten koleś, bez względu na to jak prezentuje się dalsza zawartość albumu, na intro przeznacza jeden z ciekawszych (jak nie najciekawszy, najlepszy, NAJ) bicik. Poza „Reasonable Doubt”, bo tam w zasadzie nie ma intra, a po drugie, całość jest peirdolonym mainstreamowym klasykiem. No gdyby wyejbać numer z gorącym kociakiem Foxy Brown. Ale zresztą fajnie jest posłuchać jej w numerze o robieniu tego-i-owego (y’all know what i’m talkin’ bout). Zresztą ten utwór, obok występu u Ladies-Love-Cool-James’a i Toni Braxton otworzył jej drzwi do kariery (Ill Na Na w pierwszym tygodniu sprzedało się grubo ponad 100tys. egzemplarzy, MOMMA!). Dobra, koniec dygresji. Wracam do inter Jay’a:

Vol. 1 In My Lifetime – intro składa się z trzech części (dwóch bitów produkcji Preemo), oba takie miazgi…w zasadzie (zwłaszcza pierwszy bicik – A Milion And One Question), do tego jeszcze jeden i ostatni już bicik Preemo dorzucił...na skit. Ale i tak są to klasyczne rzeczy. Poniżej instrumental.




Vol. 3 Life And Times Of S. Carter – nie powiem, że płyta nierówna, bo nierówne to jest Vol. 2 Hard Knock Life. Ta płyta jest po prostu taka, którą łatwo pominąć, wpuścić jednym wypuścić drugim, olać, zlać, zapomnieć. Jest po prostu dosyć przeciętna. Jest Preemo…i jest fajnie fajnie, że jest w jednym kawałku, ale nic szczególnego nie pokazuje. Natomiast intro. Ciekawy motyw z samplowanym wokalem (i bynajmniej to jeszcze nie była robota Kanye’a, ten typ pojawił się rok później na produkcjach ROC). Krótka zwrotka Jay’a. W ten sam deseń zrobiony interlude i outro. Klasyczna rzecz od niejakiego K-Roba. Fajny motyw, pomysł. Coś co jest pierwszą rzeczą jaka mi się kojarzy z tym albumem.



The Dynasty – Roc La Familia – no i tu się zaczynają miazgi!!! Toż to pierwszy album Jay’a, na którym słyszymy Just Blaze’a (może pomińmy w tej chwili kwestię, że jestem psychofanem tegoż bitmejkera). INTRO. Nazwane po prostu INTRO. A tak naprawdę pełnoprawny kawałek, 3 zwroty, ostre linijki Cartera. Bit majestatyczny, do tego samplowany wokal, coś co zostaje w pamięci na dłuuuuuugo. I nie majestatyczny w tym napuszonym na siłę patetycznym tego słowa znaczeniu (bynajmniej nikt nie samplował tu marszu koronacyjnego, co zrobiono na numer Nasa – Got Yourself A Gun). Po prostu THA BOMB! Choć na tym albumie są jeszcze 2 produkcje, które ewentualnie mogłyby zagrozić bitowi z intra zdjęciem koszulki lidera, to i tak ten bit zjada resztę płyty. Którą i tak lubię. Swoją drogą. Ma się rozumieć. ;)



The Blueprint – czy The Ruler’s Back to intro, czy w sumie po prostu pierwszy numer – nie będę się zagłębiać. Otwiera album, tytuł podkreśla, że to pierwszy numer, więc pewnie jest to i swego rodzaju intro. I to jakie. Znów majestat. Mimo, że Blueprint to XXI-wieczny klasyk (masz inne zdanie, to je wyraź, mówię o tym, co się pisze, i ile gwiazdek się przyznaje ;)) głównie dzięki soulfulowym bitom Kanye’a, to jednak B!nk dając 3 bity na ten album (w tym THE RULER’S BACK zwłaszcza) ugruntował pozycję tegoż krążka jako masterpiece. O B!nku pewnie i napiszę osobną notkę.



The Black Album – Just Blaze zapodał zajebisty instrumental. Taki, podczas słuchania którego aż cisną się na usta słowa ODPŁYWAM, SOOO FLYYYY. Klimat z płyt Commona, można rzec. Bym powiedział, że klimacik J Dilla.



No i nawet owiane złą sławą Kingom Come ma przekurwiste intro. Na pewno jeden z ciekawszy bitów na płycie (w sumie zresztą i numerów, bo Jay tam jedzie na oko 1,5 zwrotki).



No i cóż, u Jay’a to się widocznie wyrobiła norma, że intro musi rozkurwiać…obojętnie od reszty zawartości CD. Ale czemu? Bo to jak ktoś zaczyna świadczy o nim samym? No jasne, szkoda by zapomnieć kwestię, że płyty się sprzedaje, SPRZEDAJE. Za hajs. HAJS. ;)

Poniżej zamieszczam jeszcze kilka inter/intrów czy też po prostu kawałków otwierających album, robiących takie peirdolnięcie, że głowa mała, lub po prostu miły wjazd, czyli po prostu najkrócej ujmując – INTRA, KTÓRE MI ZAPADŁY W PAMIĘCI:
Nas – The Genesis (szkoda, że nic nie zarymował na tym bicie…mimo, że cały Illmatic, wiadomo, rozurkwia, to jednak zawsze czuję niedosyt, że ten bicik został TYLKO nierymowanym intrem)



Nas – The Stillmatic (jeden z najlepszych, jak nie najlepszy bit na Stillmatic, dobrze, że Nasir rymuje na nim, zajebisty ton, powrót króla!)



Snoop Dogg – Snoop World – najlepszy numer na zniesławionym albumie Snoopa wydanym w nieistniejącym już imperium plastikowych brzmień Mastera P. Ciekawy bicik od KLC z Beats By The Pound. KLC to w sumie jeden z najważniejszych nowoorleańskich producentów. Da Game Is To Be Sold, Not To Be Told mam też na kasecie, ech, back in the days. ;)



Twista – Get Me – chyba najlepszy kawałek na i tak przepełnionym hitami albumie „Kamikaze”. Bit zrobił najwierniejszy producent Twisty – Toxic. Producent, o którym można powiedzieć wiele złego i dobrego, ale jednego na pewno mu nie odmówimy – potrafi wysmażyć bardzo różnorodne bity.



Beanie Singel – The Truth – tytułowy numer z pierwszego albumu B-Maca. W zasadzie pierwszy szerzej usłyszany bit od Kanye’a. Wiem, wiem, co se myślicie. ;] Kanye spedalony różowy misiek. ;) Ciekawsze epitety wrzucajcie w komentarzach. Ale ten numer to taka produkcja od Kanye’a, za którymi próżno wypatrywać…mocny uliczny wjazd. A hustler z Philadelphii czuję się na nim wprost wyśmienicie.



Kurupt – Young Gotti (Intro) – wydane w 2006 „Same Day, Different Shit” solo Kurupta, wydane independent w wytwórni Daza (i wyprodukowane w całości przez niego) przez wielu jest uważane za niewiele wartą pozycję. Mam wrażenie, że mówią to ci, którzy niezależnych albumów od Daza też nie tykają. Ja mam całkiem inne zdanie. Ale zgodzę się, że motyw na intro i outro rozpierdala cały album.



Daz Dillinger - Intro (Penitentiary Chances) - intro robi miazgę, bazując na samplu z hitu Eurythmics, do tego Daz dogrywa basik...szkoda, że przegadane, bo mogłoby uratować album Daza "Gangsta Crunk" od kilkucentymetrowej warstwy kurzu na pudełku, który notabene samemu nośnikowi też szkodzi.



Doggy’s Angels – Baby If You’re Ready – znów chyba najciekawszy, najbardziej dopracowany i najklimatyczniejszy (no, poza 2 numerami, ale tych jest tu aż 19) joint na płycie. Ewidentnie zachęcia do dalszego słuchania, ba, nawet robi nam apetyt na prawdziwą female-westcoastową bombę. Produkcja? A jak myślisz? Pewnie, że BATTLECAT!



AZ – Once Again / Ma$e – Welcome Back – ten sam sampel – czołówka z amerykańskiego sitcomu “Welcome Back Kotter”, ogólnie piękna opcja na początek albumu.




No i miejsce grand prix…niepozorne, krótkie…….ale kocham to intro, nie wiem czemu. Gang Starr – Name Tag.



Ten wywód, chaotyczny i jedyny w swoim rodzaju, miał luźne, ale jednak, powiązanie z tym, że ZACZYNAM pisać tegoż oto bloga. I fajnie byłoby go zacząć jakoś DOBRZE. Ciekawie. Niebanalnie. Bo początek…jest..hmm…..ważny. Tak.

PEACE. ONE LUV. Kolejna notka wkrótce.