Zazwyczaj jest tak, że ci raperzy, którzy nie żyją, i to obojętnie czy zostali odjebani czy mieli AIDS, są wychwalani (pod niebiosa nawet nierzadko). I nie mam zamiaru rozkminiać tutaj ckliwej historii Paca, Biggie’ego, Aaliyah czy Big L’a. Tym razem Johnny Burns, czyli historia kolesia, którego nikt legendą (obiektywnie czy nie) nie okrzykuje, ale drzemał w nim niemały potencjał. Ba, moim skromnym zdaniem Mausberg to najzdolniejszy raper, którego wspierał/lansował DJ Quik (choć AMG czy Suga Free to niekiepska konkurencja do tego miana). Jego debiutancka płyta „Non Fiction” wyszła jesienią 2000 roku w Sheppard Lane Records. Pech (A/K/A muthaphukkin hood mentality) chciał, że koleżka ten nie żyje – odszedł 4. lipca 2000 roku, w wieku 21 lat, parę miesięcy wcześniej.
Lata 99-00 (a zwłaszcza 2000) były latami gdy West Coast miał się naprawdę dobrze – i to także na, jak najbardziej, mainstreamowej scenie (dla mnie w zasadzie jednym z lepszych roków był ewidentnie ’98, ale to w dużej mierze dzięki mniej znanym g-funkowym produkcjom – o tym kiedy indziej). Powrót Dre, powrót Snoopa z obozu pracy No Limit (hehe) w iście Zachodnim stylu, wjazd Xzibita do stricte mainstreamowej gry, gruby album od Quika, świeży powiew w postaci coraz popularniejszego w tamtym okresie Battlecata – to tylko kilka przykładów, które poniekąd przyćmiły ten krążek. Wielu nie kojarzy typa w ogóle, ba – nawet nie wie, że nie żyje. Fakt, że w ’99 pożegnano Big L’a czy Rogera Troutmana, może i pozwala to jakoś (cynicznie rzecz, hehe, biorąc) wytłumaczyć… Ale szkoda, bo pomija się w ten sposób naprawdę bardzo duży talent z CPT. Młodzieńcza siła i przebojowość, świetny flow – to wszystko serwujące nam zarówno bawidamkowe przechwałki i pure hood mentality (która to niestety okazała się ZABÓJCZA również dla niego).
Co do Quika, który w zasadzie ogarnął całość muzyczną „Non Fiction” – nie są to najbardziej typowe dla niego bity, choć jak najbardziej bujające (z typową dla Quika perkusją, którą wypracował już przy albumie „Rhythm-al-ism”) i laidbackowe i funky. Odczuwa się, że idealnie dopasował on swoje bity pod styl Mausberga, a to jest chyba najważniejsze i świadczy o geniuszu producenta. Goście bez niespodzianek (ziomki Quika zarówno wśród raperów jak i nieraperów (świetnie śpiewający ex mężunio Janet Jackson, który często kolaboruje z Da Quiksta)) – co nie znaczy, że nie dają rady, wręcz przeciwnie! Jak już kiedyś zauważyłem – familia Quika (mówimy oczywiście o czymś, co przez beefy się rozpadło) zajebiście się uzupełniała, mimo podobnych styli i opowieści, to jednak każdy z nich był świeży i oryginalny. Do tego udział zalicza m. in. Gangsta Dresta, Squeak Ru z AllFrumTha I, a na kilku bitach pewien fenomenalny raper/producent z pierwotnego składu Da Lench Mob, o którym będzie następna notka – obiecuję.
2 sum up, „Non Fiction” jest taki jak Mausberg – ciekawy, świeży, bujający, niedoceniony i pomijany. Step ya taste up, punk muthafuckaz!
P.S. Mauberga można było wcześniej usłyszeć na m. in. „Rhythm-al-ism” i „Balance & Options” Quika czy „No Limit Top Dogg” Snoopa (gdzie Quik poza tym numerem wysmażył jeszcze 2 gorące jointy).
P.S.2: Mausberg razem z Suga, sygnowali swoimi ksywami mixtape „Konnectid Project Vol. 1” gdzie mieli dosyć znaczny udział, całość warta polecenia ze względu na naprawdę ciekawe bity i duże grono cenionych Zachodnich typów.
Tha Truth Is… (feat. DJ Quik)
Y2K
piątek, 30 kwietnia 2010
sobota, 10 kwietnia 2010
Bookie i album "Stressin'"
Pisanie idzie mi, jak krew z nosa, ale mamy 28.02 więc zdążę dojebać drugą notkę tego miesiąca. Koleś, którego dzisiaj przedstawię to Bookie, a jego (kurwa – jedyna!) płyta to „Stressin’”. Raper z Arizony, która m. in. przez płytę Vontela pokazała, że nie tylko w Cali wychodzą zajebiście słoneczne produkcje z przedrostkiem „G”. Co ciekawe, płyta wyszła w roku 1999, a gościnnie na niej jest Vontel (obaj wydali swoje płytki w Fo’ Life Records), co pozwala elegancko wbić chuj we wszystkie spekulacje, jakoby Vontel po wydaniu swojej płytki nigdzie już się nie udzielał (nie wspominając o singlu „Loungin” z mitycznego niewydanego „True II Life”, hehe). Klimat płyty też miejscami mocno przypomina poszczególne numery z „Vision Of A Dream”, jako że tu również nie(do)ceniony DJ Battlecat A/K/A B-Sharp wyprodukował co-nie-co. A dokładnie ponad połowę produkcji (zdecydowanie tych lepszych i G-Funkowych). Poza tym usłyszymy też m. in. bity od I-Rocca z San Diego (koleś współpracował kiedyś m. in. z Siccness Records). W ogóle, klimat krążka nie oscyluje tylko i wyłącznie około 35 stopni w cieniu (oooh Cali!), ale miewamy też chłodniejsze momenty, w których Bookie ze swoim jakże przyjemnym flow również się odnajduje. Co do samego Bookie’ego…jest to postać, która wątpię, że zamknie japy wszystkim trueschoolowcom zamkniętym na Westside, ortodoksom mentalnie walącym konia nad winylami J Dilli (R.I.P.!) Choć raper z niego uzdolniony. Po pierwsze – słucha się go z zainteresowaniem, rzeczywiście ma duży talent do pisania (powtarzam – raper nie musi napierdalać poczwórnych, by być dobrym i godnym docenienia) ciekawych tekstów i historii mimo, że o tym, o czym słyszeliśmy już setki razy na Westside (więc znamy te realia na wylot, my Polaczki sprzed kompa). Po drugie głos i flow – z jednej strony płynie po bicie miękko jak Richie Rich i bez jakiejkolwiek zamuły, z drugiej strony mocny głos i flow (zwłaszcza na tych ciemniejszych momentach płyty) przypomina mi kilku raperów Wschodniego Wybrzeża, jak choćby Rocka z Boot Camp Clik i gdy raper nawija niektóre historie, masz wrażenie, że równie dobrze mógł urodzić się w Queensbridge. Uwydatnić tą nietuzinkowość rapera pozwala do tego różnorodność gości – from Kurupt Young Gotti 2 Tech N9ne a po drodze jeszcze np. Lil’ Keke (Houston) czy Kool G Rap (!). Niektórzy haterzy laidbacku zarzucają, że G-Funk to tylko rymowanie dla rymowania, wszystko to samo, ważne by piszczało lub samplowany był znów ten sam numer Parliamentu. Ja się z tym nie zgadzam. A jako, że to pewnie nie przekona nikogo – mam co najmniej jeszcze jeden argument…..Bookie!
Blood Rush (feat. Kurupt, Omega G & Sabataj) (prod. by DJ Battlecat)
Garbage (feat. Vontel) (prod. by DJ Battlecat)
If U Ain’t Feelin’ Us (feat. Playa Hamm & Nutmeg) (typowy Battlecat ;))
P.S.: Nie zmieniłem wstępu (28.02 :P), byście wiedzieli, że się starałem od dawna pisać częściej…
P.S.2: Bookie’go można usłyszeć też na 2 numerach ze składanki różnych reprezentantów Arizony – Street Buzz. „Azilla” (Bookie, Atllas) – bardzo fajny G-funk i „AZ” z Cristylz, JX3 i Lil Red’em – Bookie zmiażdżył ten numer!
Blood Rush (feat. Kurupt, Omega G & Sabataj) (prod. by DJ Battlecat)
Garbage (feat. Vontel) (prod. by DJ Battlecat)
If U Ain’t Feelin’ Us (feat. Playa Hamm & Nutmeg) (typowy Battlecat ;))
P.S.: Nie zmieniłem wstępu (28.02 :P), byście wiedzieli, że się starałem od dawna pisać częściej…
P.S.2: Bookie’go można usłyszeć też na 2 numerach ze składanki różnych reprezentantów Arizony – Street Buzz. „Azilla” (Bookie, Atllas) – bardzo fajny G-funk i „AZ” z Cristylz, JX3 i Lil Red’em – Bookie zmiażdżył ten numer!
piątek, 19 marca 2010
Suga Free & DJ Quik - Nobody
DJ Quik i Tha Most Famous Pimp Outta Pomona znani są z licznych wspólnych kolaboracji wokalnych czy producenckich (nie mówiąc już o tym, że gorący debiut Suga Free w całości wyprodukował Quik). Znani są z tego też, że kilka razy się dissowali i również godzili. Wygląda na to, że pogodzili się na dobre, bo mimo tego, że Quik pracuje nad swoim nowym solo ("The Book Of David"), a Suga nad swoim, planują wydać wspólny projekt. Kilka dni temu pojawił się pierwszy numer zapowiadający ten album - "Nobody". Rymuje solo Suga Free, bicik Quika jest ewidentnie powrotem do jego typowo (p-)funkowej stylistyki (taki Quik mniej więcej z "Safe + Sound", może "Rhythm-Al-Ism" - co cieszy niezmiernie!!!) z nutką świeżości. Niezmiernie cieszy fakt, że Quik po kilku kosmicznych eksperymentach, które nie wszystkim przypadły do gustu, wraca do tego, czym się tak naprawdę wpisał w historię tej peirdolonej muzyki. Cieszy również fakt, że po okresie wojny z dawnymi, wieloletnimi znajomymi, chociaż z jednym znów nagrywa.
niedziela, 7 lutego 2010
The 80's were the shiiiiit...
Bez zbędnego rozpisywania wrzucam jeden z moich ulubionych numerów z soundtracka do kultowego filmu "Scarface". Kawałek "Rush Rush" w wykonaniu Debbie Harry (z zespołu Blondie). Czasami słowa potrafią oddać w dużej mierze klimat i emocje różnych kawałków. Niektórzy "słuchacze" powiedzą pewnie, że słowa, wyrazy są w stanie oddać w 100% wartość, przekaz, emocje związane z muzyką. Taa.... Racja.... Zapewne chodzi im tu o słowa typu http://rapidshare.com/files/27890657/HT-(...).rar. Piękny ciąg wyrazów. Wbijając hcuj w nich, powiem tylko tyle, że ciężko mi dobrać słowa, które oddają ten piękny klimat lat '80 (zresztą tego co wyczyniał George Clinton z bandą w latach '70 tym bardziej). Poniżej oryginalny numer (wersja z soundtracka/soundtracku/O.S.T.'u/O.S.T.'a --> niepotrzebne skreślić, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Poza tym zamieszczam dwa numery hiphopowe, które bazują na tym motywie... The Beatnuts oraz też-uważam-go-za-łaka-ale-numer-brzmi-świetnie Cam'ron.
The Beatnuts - Yae Yo (feat. Ill Bill & Problemz)
Cam'ron - Yeo Man (numer z pierwotnej wersji albumu "Purple Haze")
The Beatnuts - Yae Yo (feat. Ill Bill & Problemz)
Cam'ron - Yeo Man (numer z pierwotnej wersji albumu "Purple Haze")
wtorek, 5 stycznia 2010
My name is...
„My name is Sam Sneed, u betta recognize!”
Zapewne gdy padnie hasło “Sam Sneed” 90% (ogarniających) słuchaczy śwignie tym cytatem z pewnego (fajnego zresztą i z fajnego albumu) skitu. Szkoda, że świgną cytatem a nie numerami. Sam Sneed jest niestety jednym z wielu wybitnych G-Funkowych postaci (raper i producent) związanych w pewnym okresie swego życia z Dr. Dre czy Death Row, którzy później zapadli się pod ziemię i niestety mało kto dziś o nich pamięta. Dość wspomnieć, że swoje dołożył to legendarnych soundtracków „Murder Was The Case”, „Friday” -i to akurat największe hity z tych albumów – U Better Recognize, Keep Their Heads Ringin’, Natura Born Killaz. Z tym ostatnim numerem sprawa jest bardziej skomplikowana i zresztą smutna - wersja OG tego numeru wyprodukowana była przez Sama z goscinnymi zwrotkami Cube'a i Dre - którzy rok wczesniej mieli za sobą już pierwsze nagrywki na niedoszły wspólny album "Helter Skelter". Dre usłyszał wersję demo tego numeru i się strasznie podjarał - postanowił wznowić pracę nad albumem z Cube'em. Tak naprawdę dodał conieco od siebie, plus klawisze dograł Soopafly i numer trafił na OST do "Murder Was The Case", bo Suge chciał by narobić szumu wokół nadchodzącej płytki Cube'a i Dre'a. Rola Sama została ograniczona do współproducenta. Mało tego - Dre nawet zapłacił 20 tysięcy Samowi, by ten nie wypuscił swojej wersji. Jest to jeden z kilku przypadków, gdy Dre niesprawiedliwie wykorzystał pracę mało znanych, zdolnych producentów.
Szkoda, że nie doszło do oficjalnego wydania albumu jego grupy Street Scholars, zaplanowanego na 1996, był to już dosyć gorący okres dla Death Row. Kawałek podejrzewany o bycie singlem z tej płyty został później zremixowany i wrzucony na kolejny legendarny już dziś soundtrack – Gridlock’d. Sam Sneed później gdzieś zniknął, by znów się sporadycznie pokazywać (ale zawsze z pierdolnięciem) produkując chociażby (ot – chociażby) u Scarface’a. Wyprodukował też m. in. dla Jay’a czy G-Unit.
Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Original Version)
Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Remix)
Sam Sneed feat. Snoop Dogg – Blueberries (z niewydanego, niestety, materiału Sama)
Sam Sneed & J-Flexx of Street Scholars – Lady Heroin (Original Version) (unreleased)
Sam Sneed feat. J-Flexx & The Lady Of Rage – Lady Heroin (Remix)
Snoop Dogg feat. Tha Dogg Pound & LBC Crew – Blueberry (produced by Sam Sneed) (w zasadzie numer miał być na niewydanym albumie LBC Crew, kolejne wydawnictwo, którego szkoda, bo moim zdaniem Techniec miażdży)
Jednym słowem, przejebany producent, ciekawy raper, niedoceniony, z ubogą, ale pełną prawdziwych perełek dyskografią.
Keep up the good work everybody!
Zapewne gdy padnie hasło “Sam Sneed” 90% (ogarniających) słuchaczy śwignie tym cytatem z pewnego (fajnego zresztą i z fajnego albumu) skitu. Szkoda, że świgną cytatem a nie numerami. Sam Sneed jest niestety jednym z wielu wybitnych G-Funkowych postaci (raper i producent) związanych w pewnym okresie swego życia z Dr. Dre czy Death Row, którzy później zapadli się pod ziemię i niestety mało kto dziś o nich pamięta. Dość wspomnieć, że swoje dołożył to legendarnych soundtracków „Murder Was The Case”, „Friday” -i to akurat największe hity z tych albumów – U Better Recognize, Keep Their Heads Ringin’, Natura Born Killaz. Z tym ostatnim numerem sprawa jest bardziej skomplikowana i zresztą smutna - wersja OG tego numeru wyprodukowana była przez Sama z goscinnymi zwrotkami Cube'a i Dre - którzy rok wczesniej mieli za sobą już pierwsze nagrywki na niedoszły wspólny album "Helter Skelter". Dre usłyszał wersję demo tego numeru i się strasznie podjarał - postanowił wznowić pracę nad albumem z Cube'em. Tak naprawdę dodał conieco od siebie, plus klawisze dograł Soopafly i numer trafił na OST do "Murder Was The Case", bo Suge chciał by narobić szumu wokół nadchodzącej płytki Cube'a i Dre'a. Rola Sama została ograniczona do współproducenta. Mało tego - Dre nawet zapłacił 20 tysięcy Samowi, by ten nie wypuscił swojej wersji. Jest to jeden z kilku przypadków, gdy Dre niesprawiedliwie wykorzystał pracę mało znanych, zdolnych producentów.
Szkoda, że nie doszło do oficjalnego wydania albumu jego grupy Street Scholars, zaplanowanego na 1996, był to już dosyć gorący okres dla Death Row. Kawałek podejrzewany o bycie singlem z tej płyty został później zremixowany i wrzucony na kolejny legendarny już dziś soundtrack – Gridlock’d. Sam Sneed później gdzieś zniknął, by znów się sporadycznie pokazywać (ale zawsze z pierdolnięciem) produkując chociażby (ot – chociażby) u Scarface’a. Wyprodukował też m. in. dla Jay’a czy G-Unit.
Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Original Version)
Sam Sneed feat. Dr. Dre – U Better Recognize (Remix)
Sam Sneed feat. Snoop Dogg – Blueberries (z niewydanego, niestety, materiału Sama)
Sam Sneed & J-Flexx of Street Scholars – Lady Heroin (Original Version) (unreleased)
Sam Sneed feat. J-Flexx & The Lady Of Rage – Lady Heroin (Remix)
Snoop Dogg feat. Tha Dogg Pound & LBC Crew – Blueberry (produced by Sam Sneed) (w zasadzie numer miał być na niewydanym albumie LBC Crew, kolejne wydawnictwo, którego szkoda, bo moim zdaniem Techniec miażdży)
Jednym słowem, przejebany producent, ciekawy raper, niedoceniony, z ubogą, ale pełną prawdziwych perełek dyskografią.
Keep up the good work everybody!
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Vontel - Vision Of A Dream
KTO POWRACA?! TO MUSISZ WIEDZIEĆ…
Nie posiadając jakiejkolwiek ochoty ani moralnego obowiązku, nie będę się tłumaczył, czemu zamuliłem. Aczkolwiek owszem – zamuliłem z pisaniem bloga. Nie będę też się silił na żadne podsumowania wyjątkowo cienkiego roku jakim 2009 niechlubnie był. Przede wszystkim zawiedli mnie wielcy…zarówno Meth z Redem, Busta Rhymes (który w 2006 tak In plus zaskoczył…), Jay (teraz zacieram ręce i czekam aż B-Mac go zje…), Rakim, Snoop (jubileuszowy album…a jest tak na odpierdol zrobiony…Alicja z krainy czarów kurwa…), Alicia Keys.
Vontel – Vision Of A Dream
Dziś polecę Wam jedną z moich ulubionych G-funkowych produkcji, „Vision Of A Dream” z 1998 roku. Płyta nieziemsko klimatyczna, chillout’owa…ale bez banalnych rozwiązań…sporo numerów, to takie, co jak raz zapadną w głowie, to nigdy z niej nie wyjdą. Sama kwestia, kim jest Vontel i reszty jego dyskografii jest taka, jak z wieloma raperami/producentami G-funkowymi – jest to czarnuch z Arizony, o którym ani na MySpace ani na Discogs ani na Last.FM za wiele nie przeczytasz. Wydał JEDNĄ płytę, później jeszcze trafił się jeden singiel. Krążyły legendy o sequelu pt. „Tru II Life”, który niby krążył w chujowej jakości…ale jak mówiło oficjalne oświadczenie wydawcy tj. Fo Life Records – płyta nigdy nie powstała. I tak mamy oto jedną, jedyną płytę, która jest swego rodzaju klasykiem i wystarcza za resztę w dyskografii. Sam Vontel podobno na szczęście żyje (co patrząc na tendencję ilu wirtuozów tamtych brzmień zostało zajebanych lub przedawkowało to i owo, nie jest od razu takie oczywiste). Raperem jest niezłym, patrząc oczywiście przez pryzmat czasu i weryfikując, czego oczekujesz od G-funku. Po bitach płynie nieźle, głosem swoim i historiami budując niesamowity klimat krążka. Za produkcję odpowiedzialny jest mistrz Battlecat A/K/A B Sharp oraz duet Dre LeSean & The Profesor. Z gości tak naprawdę warto wymienić nieodżałowanego wirtuoza i prekursora talkbox’u Rogera Troutmana (R.I.P.)
Zamieszczam poniżej moje 2 ulubione numery…magiczne „If You Want To Be A Playa” (A/K/A poradnik prawiczka-ortodoksa) i piękne „4 My Homiez” z gościnnym udziałem Rogera
Nie posiadając jakiejkolwiek ochoty ani moralnego obowiązku, nie będę się tłumaczył, czemu zamuliłem. Aczkolwiek owszem – zamuliłem z pisaniem bloga. Nie będę też się silił na żadne podsumowania wyjątkowo cienkiego roku jakim 2009 niechlubnie był. Przede wszystkim zawiedli mnie wielcy…zarówno Meth z Redem, Busta Rhymes (który w 2006 tak In plus zaskoczył…), Jay (teraz zacieram ręce i czekam aż B-Mac go zje…), Rakim, Snoop (jubileuszowy album…a jest tak na odpierdol zrobiony…Alicja z krainy czarów kurwa…), Alicia Keys.
Vontel – Vision Of A Dream
Dziś polecę Wam jedną z moich ulubionych G-funkowych produkcji, „Vision Of A Dream” z 1998 roku. Płyta nieziemsko klimatyczna, chillout’owa…ale bez banalnych rozwiązań…sporo numerów, to takie, co jak raz zapadną w głowie, to nigdy z niej nie wyjdą. Sama kwestia, kim jest Vontel i reszty jego dyskografii jest taka, jak z wieloma raperami/producentami G-funkowymi – jest to czarnuch z Arizony, o którym ani na MySpace ani na Discogs ani na Last.FM za wiele nie przeczytasz. Wydał JEDNĄ płytę, później jeszcze trafił się jeden singiel. Krążyły legendy o sequelu pt. „Tru II Life”, który niby krążył w chujowej jakości…ale jak mówiło oficjalne oświadczenie wydawcy tj. Fo Life Records – płyta nigdy nie powstała. I tak mamy oto jedną, jedyną płytę, która jest swego rodzaju klasykiem i wystarcza za resztę w dyskografii. Sam Vontel podobno na szczęście żyje (co patrząc na tendencję ilu wirtuozów tamtych brzmień zostało zajebanych lub przedawkowało to i owo, nie jest od razu takie oczywiste). Raperem jest niezłym, patrząc oczywiście przez pryzmat czasu i weryfikując, czego oczekujesz od G-funku. Po bitach płynie nieźle, głosem swoim i historiami budując niesamowity klimat krążka. Za produkcję odpowiedzialny jest mistrz Battlecat A/K/A B Sharp oraz duet Dre LeSean & The Profesor. Z gości tak naprawdę warto wymienić nieodżałowanego wirtuoza i prekursora talkbox’u Rogera Troutmana (R.I.P.)
Zamieszczam poniżej moje 2 ulubione numery…magiczne „If You Want To Be A Playa” (A/K/A poradnik prawiczka-ortodoksa) i piękne „4 My Homiez” z gościnnym udziałem Rogera
środa, 14 października 2009
DJ Quik & Kurupt - BlaQKout
Wspólny projekt 2 legend Zachodniego Wybrzeża – DJ Quika i Kurupta z duetu Tha Dogg Pound rodził wiele nadziei na muzyczną bombę i bezpardonowe nawijki obydwu weteranów, które rozbujają niejeden melanż, niejeden grill-out w ogródku i niejeden letni wieczór spędzany w plenerze. Warto zaznaczyć, że Kurupt jest ostatnio strasznie płodnym artystą, coś co od zawsze było cechą charakterystyczną dla jego nieco grubszego ziomka z D.P.G., wydającego niezależne albumy ze średnią chyba 2 rocznie. Czytałem, że teraz ma własny kanał dystrybucji czy coś na ten kształt, więc kolejnymi projektami będzie nas wciąż bombardował. Tymczasem, wróćmy do meritum tejże notki…BLAQKOUT
Obaj panowie zaserwowali nam jak najbardziej smakowity kąsek, coś co nie bez przesady nazywane jest przez wielu fanów (niestety głównie w USA) – nową jakością WEST COAST HIP HOP. W produkcjach multiinstrumentalnie uzdolnionego Quika słychać wciąż p-funkowe inspiracje ubierające raczej szaty newschoolowego G-funku i dosyć eksperymentalnych rozwiązań. Brzmienie Quika ewoluowało, co pokazał nam 4 lata temu na „Trauma” (tam dało się słyszeć, że postawił trochę więcej m. in. na mocne bębny, a najbardziej miękki groove’owy p-funkowy numer to nie jego produkcja, a LT Moe, znanego między innymi z numeru „Kush’n N Push’n” Dogg Pound czy singla „Pimpin” Tony’ego Yayo (tak tak tak, get your hate on!) o iście kalifornijskim brzmieniu – serio!). Na „BlaQKout” mamy typowe dla multiinstrumentalnie uzdolnionego Blake'a bawienie się licznymi instrumentami, ale również samplami...mamy pokręconą piszczałę w „Cream N Ya Panties” (i bynajmniej nie jest to brzmienie typu sinusoidy portamento klasycznej dla G-funku, ani typowy flet (!?), który z kolei często pojawia się w nowoczesnych produkcjach G-F z bitami Fredwrecka na czele) i mamy klasyczny West Coast’owy hymn – „The Appeal”. Mamy też bit typu kosmiczny plastik („Jupiter’s Critics (…)”) czy przekombinowany zapychacz („9 Times Outta 10”). No i mamy kawałek typu chujowy i to aż w 2 wersjach. I mamy numer "Ohh!", czyli bombę, która pokazuje, że Quik potrafi zbudować zajebistą melodię na pojedynczych dźwiękach, doprawiając wszystko istnie grubym basem i Westcoastowym groove’em. ;) "Ohh!" hipnotyzuje ilekroć je zapuszczę. A to 1 z kilku perełek.
Co do warstwy merytorycznej to wschodnio-zachodni reprezentant D.P.G. nie jest w formie wierszoklety, co obserwujemy już niestety jakiś czas. Bo wraz z wejściem w XXI wiek, z Gotti Bin Laden czyli pierwoszędnego punchline'era, coraz mniej słychać w linijkach Kurupta. Zaryzykuję wręcz, że jest cieniem bezczelnego, cynicznego rapera z czasów "Dogg Food", czy nawet "Space Boogie". Co nie znaczy, że się nie jaram, coraz bardziej wychillowanym i wręcz idealnym flow dla każdej dobrej G-F-produkcji. W tym miejscu jest...miejsce, by zacytować oto mój ulubiony, lyrically-deep wers Kurupta:
„Bitch nigga, you more of the bitch than a bitch!” ;)
Taaaa, ale do tego się przyzwyczailiśmy już kilka lat temu, tak samo jak do tego, że jak mało kto potrafi się poruszać (baaa – płynąć) po najlepszych Zachodnich bangerach, gdzie KRS-One czy Nas brzmieliby drętwo, baaa – niejeden Zachodni reprezentant nie wiedziałby jak nawijać by to brzmiało. No i nikt tak dobrze jak Kurupt nie potrafi oddać radości z takich przyziemnych, prostych, małych przyjemności, jak po prostu…..PEŁEN RELAX. ;)
Myślę, że całość zgarnęłaby więcej pozytywnych ocen, gdyby z tego krótkiego albumu zrobić epkę, wyjebując kilka zapychaczy, niepasujący ani trochę skit, czy przerywnik na kształt "Quik's Groove", który nie brzmi wyjątkowo świeżo – pozostałe 6, 7 kawałków to naprawdę perełki Zachodniego Brzmienia, wobec których disrespect, jest buractwem, głupotą czy klapami na uszach.
DJ Quik & Kurupt - Ohh!
DJ Quik & Kurupt - The Appeal
Subskrybuj:
Posty (Atom)